Wróciliśmy do restauracji. Jedzenie już było na naszym stoliku, ale nie byłam już wcale głodna. Po prostu siedziałam tam i patrzyłam na Jima. Łzy nadal zlatywały mi po policzku. To było jak sen. Nie wierzyłam.
- A ty nie jesz? Umierałaś z głodu - powiedział Jimmy.
- Odechciało mi się jeść.
- Jak chcesz. A skoro nie jesz, ja wezmę twoją porcję - uśmiechnął się, wiedząc, że nawet nie musi się pytać o zgodę.
- Nic się nie zmieniłeś - zaśmiałam się tak głośno, że ludzie siedzący obok dziwnie się na mnie spojrzeli. To nie było nic śmiesznego, ale czułam taką radość, że musiałam dać się jej wydostać z mojego ciała. W tym momencie już przestałam myśleć o tym co było, a zaczęłam o tym co będzie. To znaczy przestałam myśleć o tych złych rzeczach, te miłe wspomnienia zawsze we mnie były i na zawsze pozostaną. Kiedy Jimmy skończył jeść, postanowiliśmy przejść się troch w pobliskim parku, żebym trochę ochłonęła.
- Poczekaj, zaraz pójdziemy tylko muszę iść się odświeżyć - powiedziałam wstając z miejsca i kierując się w stronę toalet. Jimmy coś krzyknął, ale nie zrozumiałam więc odwróciłam się, żeby dowiedzieć się o co chodzi. W tym momencie poczułam jak coś zimnego wylało mi się na ubrania. To był szejk. Truskawkowy. Był wszędzie. Kelner, który to zrobił nie wyraził nawet skruchy. Przecież to on na mnie wpadł. Albo nie. Ale on też mógł patrzeć gdzie idzie. Spojrzał tylko na mnie jakby mówił 'Przecież i tak te ciuchy są do niczego, co z tego, że są całe w truskawkach'. Postanowiłam nie robić afery. A byłabym do tego zdolna. Dzisiaj był mój szczęśliwy dzień i nie chciałam go zepsuć. Poszłam do łazienki i zmyłam tego szejka z mojej twarzy. Z ciuchami nic nie robiłam, bo i tak było już za późno. Serio, były do wyrzucenia. Gdy szłam już w kierunku Jima ten tylko szeroko się uśmiechnął.
- Ani słowa - spojrzałam na niego z groźną miną.
- Ale ten koleś cie urządził.
- Mówiłam 'ani słowa'.
W tym samym momencie spojrzeliśmy sobie w oczy i wybuchnęliśmy śmiechem. Ni obchodziło nas, że ludzie wokół uważali nas za świrów. Bo tak było sądząc po ich minach. Tam byli sami ważniacy. Wyszliśmy i skierowaliśmy się w stronę parku. Nawet się nie przejmowałam, że mam na sobie szejka truskawkowego za pół miesięcznej pensji większości ludzi na świecie. To trochę przesada, ale można się domyślić o co mi chodzi.
- Jak się czujesz? - spytał mnie Jimmy
- Nie wiem co mam ci powiedzieć. Wspaniale.
- Jeszcze niedawno nie miałaś takiego dobrego humoru.
- Ale już mam. Twoje słowa sprawiły, że teraz jestem najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.
Jimmy wtedy nic nie powiedział, po prostu mnie objął. I tak przytulenie spacerowaliśmy w ciszy po parku. Bez słów się rozumieliśmy. Było nam po prostu dobrze. Ale to miłe uczucie przerwał nam deszcz. Przed chwilą świeciło słońce, a nagle lunęło lodowatymi i wielkimi kroplami deszczu. Jak mówiłam, nic by mi nie popsuło tego dnia, ale mokra jak najbardziej być nie chciałam. Owoce mi wystarczyły. Kiedy Jimmy się wreszcie zorientował, że leje, bo zazwyczaj ma opóźniony zapłon, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Nie wiedziałam gdzie biegniemy, ale sprawiało mi to frajdę. Może to dziwne, ale ucieczka podczas deszczu zawsze sprawiała mi frajdę.
- Dokąd biegniemy? - zapytałam, bo zaczynałam się męczyć.
- Już jesteśmy.
Stanęliśmy przed drzwiami hotelu, który w sumie był blisko parku. Popatrzyłam na Jima z dezorientacją w oczach, a on tylko mnie pociągnął. Koleś ubrany jak pingwin powiedział do Jima 'Dzień dobry' i otworzył przed nami drzwi. Zorientowałam się, że to hotel w którym on, Justin i cała ekipa zatrzymała się na czas pobytu w LA.
- Co my tu robimy?
- Chciałaś zmoknąć?
- No nie, ale... jak go zobaczę? Nie jestem gotowa. To znaczy, moje ciuchy... Nie chcę pamiątkowego zdjęcia z moim życiem i szejkiem na ubraniach - powiedziałam z sarkazmem, co było u mnie częste. Nie lubiłam tego w sobie, ale taka już byłam.
- Spokojnie. Jego nie ma. Poszli gdzieś z Seleną.
- Ona też tu jest? - spytałam zaskoczona.
- No... jest. A masz coś przeciwko? - Jim szturchnął mnie w ramię, ruszając brwiami w górę i w dół.
- Haha! Śmieszne. Po prostu jestem zaskoczona, że Selena jest z nim w trasie.
- To tylko taki żarcik. Poczekasz chwilę? Ja pójdę po klucz, a to może trochę zająć, bo mają zepsuty system czy coś. Tam jest łazienka jakby co - wskazał na drzwi po lewej stronie.
- Jasne, nie spiesz się.
Obejrzałam się po hotelu. Naprawdę robił wrażenie. Jeszcze nigdy nie byłam w tak wypasionym miejscu. Ruszyłam w stronę łazienki. Byłam trochę zamyślona więc chwyciłam klamkę od drzwi toalety. Męskiej toalety. W tym samym czasie ktoś zrobił to samo, tylko że od drugiej strony. Wpadliśmy na siebie. Nawet nie spojrzałam kto to, masowałam się tylko po głowie patrząc w podłogę.
- Może byś trochę uważał?!
- Może byś uważniej wybierała miejsca, w których chcesz załatwić swoje sprawy, shawty?! To męska toaleta... chyba, że o czymś nie wiem. W tym momencie nieznajomy zachichotał, a ja na niego spojrzałam. Wiedziałam, że skądś znam ten śmiech.
- Ju-ju-ju-justin?! - wykrzyczałam na całe gardło. Ostatnio coś często krzyczałam, więc to nie było dla mnie zaskoczeniem.
- Chy-chy-chy-chyba tak - zaśmiał się.
- Nie wierzę... - w tym momencie moje policzki pokryły się litrami łez.
- To uwierz shawty - Justin szeroko się uśmiechnął. - A tak w ogóle to wiesz, że masz coś na koszulce? I wiesz, że masz to wszędzie? - znowu się ze mnie nabijał.
- No tak, chyba wiem. Nieważne. - mówiłam zapłakanym głosem. - Mogę cię przytulić?
- Chodź tu, Emily. - Justin objął mnie, a moje serce właśnie przestało bić. Ale w tym dobrym sensie. Trzymałam w ramionach całe swoje życie. Tak. Właśnie to sobie uświadomiłam. On był był teraz mój i nic ani nikt nie mogło tego zmienić. Nigdy.
- Zaraz.. skąd ty znasz.. skąd wiesz...
- Zapytaj Jimmiego.
- Jezu.. no tak. Mówił mi, że ci o mnie wspominał, ale...
- W rzeczywistości jesteś jeszcze ładniejsza niż na zdjęciach. - przerwał mi Justin.
I teraz serce przestało bić po raz drugi. Czy właśnie Justin Bieber powiedział, że jestem ładna?!
piątek, 3 maja 2013
czwartek, 2 maja 2013
Rozdział 2
Wstałam. Po dwunastu godzinach snu wreszcie wstałam. Nie mogłam uwierzyć, że spałam tak długo. Dochodziła druga, więc spodziewałam się, że mama wróci z pracy i zacznie wrzeszczeć co ja tak późno robię w pidżamie. Jednak tego nie zrobiła. Przysłała mi smsa: 'Hej słonko, jak tam? Przepraszam Cię, ale dostałam wezwanie z pracy. Muszę na tydzień jechać do Kanady. Przepraszam, że nie zdążyłam się pożegnać. Pieniądze przeleje ci na konto. Od czasu do czasu wpadnie do Ciebie Kate. Kocham Cię'. No nie żebym się nie cieszyła z wolnej chaty przez tydzień, ale trochę się stęskniłam za mamą. Ciągle pracuje i nie ma dla mnie czasu. Wiem, że robi to dla mnie, ale trochę mi jej brakuje. Jest jednak pocieszenie: nie będę musiała przez tydzień sprzątać i Ari będzie mogła u mnie zamieszkać... Odpisałam mamie, żeby się nie martwiła i będę grzeczna. To drugie to taki sarkazm. Nie wiem dlaczego, ale byłam strasznie zmęczona. Weszłam znowu na twittera, poczytałam trochę i nawet nie poczułam, że zasypiam.
- O kurde! Już piąta! - krzyknęłam na cały dom budząc się i sięgając po telefon. - Przecież zaraz przyjedzie Jimmy, a ja w totalnej rozsypce! Szybko pobiegłam do łazienki trochę się ogarnąć. Potem szybko wybrałam jakieś ciuchy. Pierwsze lepsze, byle by tylko nie straszyć ludzi w restauracji. Nagle do drzwi zadzwonił dzwonek. Nie wiedziałam kto to mógł być, na Jim'a trochę za wcześniej. Poleciałam owinięta w ręcznik zobaczyć kto to. Otworzyłam drzwi.
- Jimmy?! Co ty tu robisz? Jeszcze nie ma szóstej!
- Mnie też miło cię widzieć - powiedział, przytulając się do mnie. - Swoją drogą ładnie ci w ręczniku, możemy już jechać.
- Jim! - szturchnęłam go w ramię, jak to zawsze robiłam gdy sobie ze mnie żartował.
- No co? Taka prawda. A tak poza tym to.. może wpuścisz mnie do środka? - zachihotał.
- Eee... no jasne, sorka. Jakby co jestem sama.
- A co z mamą?
- Praca. Jest w Kanadzie.
- No to chata wolna. Pare imprez i od razu będziesz w lepszym humorze.
- Przecież nie mam złego humoru...
- Mnie nie okłamiesz, Em. Nie znamy się od wczoraj.
- Dobra, masz mnie. Ale zmieńmy temat. Idź do pokoju, pooglądaj coś albo nie wiem. Ja ide się ubrać i możemy jechać.
- Jasne, czekam.
Szybko pobiegłam na górę wreszcie coś na siebie założyć. Już nawet nie patrzyłam co zakładam, chciałam jak najszybciej jechać na ten obiad, bo umierałam z głodu. Założyłam czarne rurki, białą koszulkę, na to zarzuciłam jeansową kurtkę. Na nogi trampki, oczywiście. Włosy zebrałam w kucyka, Jimmy lubił jak miałam związane włosy.
- Gotowa! - krzyknęłam, zbiegając po schodach.
- Jak ślicznie wyglądasz - odpowiedział Jim, z dobrze mi znanym uśmiechem na twarzy.
- Tak jasne. Chodź już, bo z głodu umieram.
- Jak sobie życzysz - uśmiechnął się tak szeroko, że aż się przeraziłam.
Wsiedliśmy do samochodu. Po drodze opowiedzieliśmy sobie co u nas się działo, co robiliśmy i co się zmieniło. W końcu nie widzieliśmy się prawie rok. Dla najlepszych przyjaciół to strasznie dużo czasu. Jednak mimo, że się tak długo nie widzieliśmy nasza więź wciąż była tak silna jak przedtem. Między nami nic się nie zmieniło. I bardzo z tego powodu się cieszyłam, z resztą on też. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, prawie wbiegłam do restauracji, choć nie bardzo chciałam iść akurat tam. To był drogi lokal, a ja byłam ubrana jak rano po bułki do piekarni. Wtedy jednak zrobiłabym wszystko, żeby w końcu coś zjeść. Jimmy wbiegł tuż za mną. Kelner pokazał nam gdzie mamy stoli. Usiedliśmy i zaczęliśmy zastanawiać się co zjeść. Po długim namyśle już wiedzieliśmy i złożyliśmy zamówienie. Kiedy czekaliśmy na jedzenie, Jim zaczął temat, którego się obawiałam.
- Hej, Em... jak tam, no wiesz... sprawy z JB się mają?
- Nie gadajmy o tym, co?
- Proszę cię. Jeśli nadal jest tak źle jak było, muszę to wiedzieć.
- Nie, już jest znacznie lepiej. Wczoraj gadałam trochę o tym z Ari. Nawet na stare konto na twitterze weszłam. Tęsknie za tym co było, ale z drugiej strony nie chcę do tego wraca, wiesz...
- Rozumiem. Od tego chłopaka nie da się tak po prostu odciąć.
- Rozumiesz? Twoja sytuacja jest zupełnie inna. TY GO ZNASZ.
- No właśnie! Spotkajmy się. Razem. Ty. Ja. Justin.
- Co?! Oszalałeś?!
- Przecież zawsze o tym marzyłaś, nie? Jak każda belieber. A tylko ty masz na to szansę. Powinnaś ją wykorzystać.
- To, że się z nim przyjaźnisz nie znaczy, że możesz go umówić na spotkanie ze mną. Poza tym ja sama już nie wiem czy tego chcę. To wszystko wróci. Wiesz jak to jest spotkać raz swoje całe życie, a później już nigdy go nie zobaczyć?
- Jakie nigdy. Nigdy nie mów nigdy. Zostajemy tu parę tygodni, może nawet miesiąc. Myślisz, że ani ty, ani Justin nie znajdziecie czasu i chęci na spotkanie? Dużo mu o tobie opowiadałem. Myślę, że cie polubił, bo...
- Co takiego? I wtedy myślałam, że zejdę na zawał. Chłopak, którego kocham całym sercem, marzę o nim i jest dla mnie wszystkim wie o mnie i moim istnieniu. To nie może być prawda.
- Mówię, że pewnie cie polubił, bo...
- Nie, nie. Czekaj. On o mnie wie? I ty to mówisz tak po prostu? Właśnie spełniło się moje marzenie, marzenie milionów dziewczyn na świecie. O Mój Boże. Muszę wyjść na chwilę. Nie wierzę.
Wypowiedziałam ostatnie słowo i wybiegłam z restauracji. Nie wiem co ludzi wtedy pomyśleli, ale nie obchodziło mnie to. Ukucnęłam na środku krawężnika i zaczęłam ryczeć jak głupia. Myślałam, że to koniec. Że On będzie już tylko w moim sercu, nie życiu. Zwinięta siedziałam na tym chodniku, ludzie mnie omijali. Pewnie myśleli, że jakaś narkomanka. W LA to był częsty widok. Mniejsza o to, Justin wie, że ja istnieję! To nie możliwe. Może Jim miał rację. Nigdy nie mów nigdy. Te słowa od teraz odrobinę dla mnie coś znaczą. Bo myślałam, że nigdy moje marzenie się nie spełni. Jeszcze żadne się nie spełniło. Przez łzy samowolnie powiedziałam 'Justin' kiedy nagle usłyszałam głos:
- Co jest shawty?
Przez chwilę zastygłam w bezruchu. Wydawało mi się, że słyszę głos Jusa. Ale skąd on by miał się tutaj wziąć?!
- O boże... przestraszyłeś mnie Jimmy.
- Ej co jest? Czemu płaczesz? Nie no nie mów, przecież wiem.
- No właśnie - w tym momencie Jim pomógł mi wstać i mocno przytulił. Tego potrzebowałam. To dzięki niemu moje marzenie może się spełnić. A ja nawet nie wiedziałam jak mu się odwdzięczyć - Jimmy, ja nawet nie wiem co powiedzieć... dziękuję?
- Przestań! Nawet tak nie mów. I ty i on jesteście dla mnie ważni. On jest moim przyjacielem, a ty przyjaciółką, więc chcę waszego szczęścia. A będziecie oboje szczęśliwi jak się spotkacie, bo oboje jesteśmy wspaniałymi osobami.
Jeszcze nigdy nie usłyszałam od niego tak poważnych słów. Wzruszyłam się. Po policzku spłynęła mi zła.
- Co jest? Powiedziałem coś nie tak? - Jimmy powiedział to zmartwionym głosem.
- Bardzo tak. Jesteś jedyną osobą, oprócz Ariany, której na mnie tak zależy. Kocham cię Jim.
- Wiem. Ja ciebie też.
Ponownie się przytuliliśmy. Czułam radość, od bardzo dawna wreszcie poczułam radość.
- O kurde! Już piąta! - krzyknęłam na cały dom budząc się i sięgając po telefon. - Przecież zaraz przyjedzie Jimmy, a ja w totalnej rozsypce! Szybko pobiegłam do łazienki trochę się ogarnąć. Potem szybko wybrałam jakieś ciuchy. Pierwsze lepsze, byle by tylko nie straszyć ludzi w restauracji. Nagle do drzwi zadzwonił dzwonek. Nie wiedziałam kto to mógł być, na Jim'a trochę za wcześniej. Poleciałam owinięta w ręcznik zobaczyć kto to. Otworzyłam drzwi.
- Jimmy?! Co ty tu robisz? Jeszcze nie ma szóstej!
- Mnie też miło cię widzieć - powiedział, przytulając się do mnie. - Swoją drogą ładnie ci w ręczniku, możemy już jechać.
- Jim! - szturchnęłam go w ramię, jak to zawsze robiłam gdy sobie ze mnie żartował.
- No co? Taka prawda. A tak poza tym to.. może wpuścisz mnie do środka? - zachihotał.
- Eee... no jasne, sorka. Jakby co jestem sama.
- A co z mamą?
- Praca. Jest w Kanadzie.
- No to chata wolna. Pare imprez i od razu będziesz w lepszym humorze.
- Przecież nie mam złego humoru...
- Mnie nie okłamiesz, Em. Nie znamy się od wczoraj.
- Dobra, masz mnie. Ale zmieńmy temat. Idź do pokoju, pooglądaj coś albo nie wiem. Ja ide się ubrać i możemy jechać.
- Jasne, czekam.
Szybko pobiegłam na górę wreszcie coś na siebie założyć. Już nawet nie patrzyłam co zakładam, chciałam jak najszybciej jechać na ten obiad, bo umierałam z głodu. Założyłam czarne rurki, białą koszulkę, na to zarzuciłam jeansową kurtkę. Na nogi trampki, oczywiście. Włosy zebrałam w kucyka, Jimmy lubił jak miałam związane włosy.
- Gotowa! - krzyknęłam, zbiegając po schodach.
- Jak ślicznie wyglądasz - odpowiedział Jim, z dobrze mi znanym uśmiechem na twarzy.
- Tak jasne. Chodź już, bo z głodu umieram.
- Jak sobie życzysz - uśmiechnął się tak szeroko, że aż się przeraziłam.
Wsiedliśmy do samochodu. Po drodze opowiedzieliśmy sobie co u nas się działo, co robiliśmy i co się zmieniło. W końcu nie widzieliśmy się prawie rok. Dla najlepszych przyjaciół to strasznie dużo czasu. Jednak mimo, że się tak długo nie widzieliśmy nasza więź wciąż była tak silna jak przedtem. Między nami nic się nie zmieniło. I bardzo z tego powodu się cieszyłam, z resztą on też. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, prawie wbiegłam do restauracji, choć nie bardzo chciałam iść akurat tam. To był drogi lokal, a ja byłam ubrana jak rano po bułki do piekarni. Wtedy jednak zrobiłabym wszystko, żeby w końcu coś zjeść. Jimmy wbiegł tuż za mną. Kelner pokazał nam gdzie mamy stoli. Usiedliśmy i zaczęliśmy zastanawiać się co zjeść. Po długim namyśle już wiedzieliśmy i złożyliśmy zamówienie. Kiedy czekaliśmy na jedzenie, Jim zaczął temat, którego się obawiałam.
- Hej, Em... jak tam, no wiesz... sprawy z JB się mają?
- Nie gadajmy o tym, co?
- Proszę cię. Jeśli nadal jest tak źle jak było, muszę to wiedzieć.
- Nie, już jest znacznie lepiej. Wczoraj gadałam trochę o tym z Ari. Nawet na stare konto na twitterze weszłam. Tęsknie za tym co było, ale z drugiej strony nie chcę do tego wraca, wiesz...
- Rozumiem. Od tego chłopaka nie da się tak po prostu odciąć.
- Rozumiesz? Twoja sytuacja jest zupełnie inna. TY GO ZNASZ.
- No właśnie! Spotkajmy się. Razem. Ty. Ja. Justin.
- Co?! Oszalałeś?!
- Przecież zawsze o tym marzyłaś, nie? Jak każda belieber. A tylko ty masz na to szansę. Powinnaś ją wykorzystać.
- To, że się z nim przyjaźnisz nie znaczy, że możesz go umówić na spotkanie ze mną. Poza tym ja sama już nie wiem czy tego chcę. To wszystko wróci. Wiesz jak to jest spotkać raz swoje całe życie, a później już nigdy go nie zobaczyć?
- Jakie nigdy. Nigdy nie mów nigdy. Zostajemy tu parę tygodni, może nawet miesiąc. Myślisz, że ani ty, ani Justin nie znajdziecie czasu i chęci na spotkanie? Dużo mu o tobie opowiadałem. Myślę, że cie polubił, bo...
- Co takiego? I wtedy myślałam, że zejdę na zawał. Chłopak, którego kocham całym sercem, marzę o nim i jest dla mnie wszystkim wie o mnie i moim istnieniu. To nie może być prawda.
- Mówię, że pewnie cie polubił, bo...
- Nie, nie. Czekaj. On o mnie wie? I ty to mówisz tak po prostu? Właśnie spełniło się moje marzenie, marzenie milionów dziewczyn na świecie. O Mój Boże. Muszę wyjść na chwilę. Nie wierzę.
Wypowiedziałam ostatnie słowo i wybiegłam z restauracji. Nie wiem co ludzi wtedy pomyśleli, ale nie obchodziło mnie to. Ukucnęłam na środku krawężnika i zaczęłam ryczeć jak głupia. Myślałam, że to koniec. Że On będzie już tylko w moim sercu, nie życiu. Zwinięta siedziałam na tym chodniku, ludzie mnie omijali. Pewnie myśleli, że jakaś narkomanka. W LA to był częsty widok. Mniejsza o to, Justin wie, że ja istnieję! To nie możliwe. Może Jim miał rację. Nigdy nie mów nigdy. Te słowa od teraz odrobinę dla mnie coś znaczą. Bo myślałam, że nigdy moje marzenie się nie spełni. Jeszcze żadne się nie spełniło. Przez łzy samowolnie powiedziałam 'Justin' kiedy nagle usłyszałam głos:
- Co jest shawty?
Przez chwilę zastygłam w bezruchu. Wydawało mi się, że słyszę głos Jusa. Ale skąd on by miał się tutaj wziąć?!
- O boże... przestraszyłeś mnie Jimmy.
- Ej co jest? Czemu płaczesz? Nie no nie mów, przecież wiem.
- No właśnie - w tym momencie Jim pomógł mi wstać i mocno przytulił. Tego potrzebowałam. To dzięki niemu moje marzenie może się spełnić. A ja nawet nie wiedziałam jak mu się odwdzięczyć - Jimmy, ja nawet nie wiem co powiedzieć... dziękuję?
- Przestań! Nawet tak nie mów. I ty i on jesteście dla mnie ważni. On jest moim przyjacielem, a ty przyjaciółką, więc chcę waszego szczęścia. A będziecie oboje szczęśliwi jak się spotkacie, bo oboje jesteśmy wspaniałymi osobami.
Jeszcze nigdy nie usłyszałam od niego tak poważnych słów. Wzruszyłam się. Po policzku spłynęła mi zła.
- Co jest? Powiedziałem coś nie tak? - Jimmy powiedział to zmartwionym głosem.
- Bardzo tak. Jesteś jedyną osobą, oprócz Ariany, której na mnie tak zależy. Kocham cię Jim.
- Wiem. Ja ciebie też.
Ponownie się przytuliliśmy. Czułam radość, od bardzo dawna wreszcie poczułam radość.
środa, 1 maja 2013
Rozdział 1
- Nie wierzę! Gdzie ona jest? Zawsze kiedy jej potrzebuję ona tak po prostu znika.
- Uspokój się, Em. To tylko gofrownica.
- Tylko?! Gofry to jedyne czego mi teraz trzeba...
I tak mniej więcej wygląda mój piątkowy wieczór. Ja. Przyjaciółka. Jedzenie. Nic specjalnego. Właściwie to nawet 'nic' nie jest. Są osoby, które wiodą znacznie ciekawsze życie, na przykład taki Justin Bieber. On pewnie nawet gofrów nie je, to zbyt proste danie dla takiej gwiazdy. A zresztą, co on mnie obchodzi. W sumie to dużo. Przecież kiedyś był dla mnie wszystkim. Sama nie wiem dlaczego do tego wracam, było minęło. Teraz inne beliebers przejmują się co dzisiaj zje na kolację...
- Halo! Emily! Mam gofrownicę, to już nic dla ciebie nie znaczy? - Ariana wykrzyczała mi to prosto w twarz, z sarkazmem jak zawsze, kończąc moje rozważania na temat Justina.
- Sorry, zamyśliłam się. W sumie tęsknie za tym co było.
- Em, przestań. Wiem, ja też. Ale za dużo już dla niego poświęciłaś, a on nawet nie wie o twoim istnieniu. Nigdy nie dowie się ile dla niego przeszłaś. Przecież... sama wiesz.
- Wiem, ale tęsknie za nim. To chore, prawda?
- Nie wydaje mi się, żeby 38 milionów dziewczyn chorowało, Em.
- Nieważne. Gofry gotowe?
- Ta. Idź włączyć film, ja zaraz wszystko zaniosę do pokoju.
Miałam włączyć film, ale zamiast tego siedziałam przed telewizorem i myślałam, że to wszystko jest bez sensu. Zawalone egzaminy i życie towarzyskie, myśli samobójcze. A to wszystko dla chłopaka, który nie wie o moim istnieniu. Ale było minęło. W głębi serca nadal go kocham i wpieram, ale to już nie to samo. Nie chcę tego samego.
Oglądałyśmy jakąś głupią komedię, już prawie zasnęłam, aż nagle zawibrował mi telefon. Na ekranie zobaczyłam nieznany numer, ale i tak odebrałam chociaż rzadko odbierałam telefony od kogokolwiek.
- Halo?
- Siemasz Em. Jak tam leci? Co u ciebie słychać? Wiem, że minęło sporo czasu, ale może byśmy...
- Sorry, a kto mówi?
- Ah, no tak. To ja, Jimmy.
- O mój boże! Siemasz Jimmy! Co u ciebie? Dawno się nie odzywałeś.
- Wiem, przepraszam, ale mam straszne urwanie głowy. Nowe choreografie, te sprawy. Justinowi zależy, żeby wszystko...
- Ok, rozumiem. - powiedziałam to w miare wymownym tonem, więc miałam nadzieję, że Jimmy nie będzie kontynuował.
- A.. no ten, dużo roboty jest. Wracając do tematu. Może byśmy się gdzieś razem wybrali. Jakieś obiad czy coś.
- Obiad?! Zawsze!
Wtedy Jimmy się roześmiał. Tylko on wiedział ile znaczy dla mnie jedzenie. O matko. Jak to głupio brzmi. Wracając do rzeczy, tylko on wiedział, bo był moim najlepszym przyjacielem. Tak samo jak Ariana. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszych przyjaciół. Nigdy.
- Haha! Wiedziałem, że tym cię przekonam.
- Przecież nawet nie musiałeś mnie przekonywać. Marzę, żeby się z tobą spotkać.
- Wiem, ja też Em. To jak? Jutro o szóstej?
- Jak to? To znaczy, że jesteś z LA?
- No tak. W czwartek Justin ma tu koncert.
- Ah.. No szósta jest ok.
- To będę po ciebie. Pa.
- Pa Jimmy.
Rozłączając się, rzuciłam telefon na kanapę. Zobaczyłam, że Ari zasnęła. Chyba nie tylko mnie ten film zanudził na śmierć. Wstałam i odniosłam naczynia do kuchni. Wyłączyłam telewizor, przykryłam Arianę jej ulubionym kocem w małpki i poszłam na górę. Nie było jeszcze tak późno, więc włączyłam laptopa i nie kontrolując tego, weszłam na profil Justina na twitterze. Nie wiem czemu to zrobiłam. Pierwszy raz od półtora roku zaczęłam oglądać jego zdjęcia i sprawdzać co się u niego dzieje. Zmienił się, dorósł. Ale sądząc po zdjęciach to wciąż ten sam, mój Kidrauhl. Zanim się obejrzałam już było po pierwszej. Więc poszłam spać, bo następnego dnia miałam się spotkać z Jimmy'm. Musiałam przyzwoicie wyglądać, żeby mu wstydu nie narobić.
- Uspokój się, Em. To tylko gofrownica.
- Tylko?! Gofry to jedyne czego mi teraz trzeba...
I tak mniej więcej wygląda mój piątkowy wieczór. Ja. Przyjaciółka. Jedzenie. Nic specjalnego. Właściwie to nawet 'nic' nie jest. Są osoby, które wiodą znacznie ciekawsze życie, na przykład taki Justin Bieber. On pewnie nawet gofrów nie je, to zbyt proste danie dla takiej gwiazdy. A zresztą, co on mnie obchodzi. W sumie to dużo. Przecież kiedyś był dla mnie wszystkim. Sama nie wiem dlaczego do tego wracam, było minęło. Teraz inne beliebers przejmują się co dzisiaj zje na kolację...
- Halo! Emily! Mam gofrownicę, to już nic dla ciebie nie znaczy? - Ariana wykrzyczała mi to prosto w twarz, z sarkazmem jak zawsze, kończąc moje rozważania na temat Justina.
- Sorry, zamyśliłam się. W sumie tęsknie za tym co było.
- Em, przestań. Wiem, ja też. Ale za dużo już dla niego poświęciłaś, a on nawet nie wie o twoim istnieniu. Nigdy nie dowie się ile dla niego przeszłaś. Przecież... sama wiesz.
- Wiem, ale tęsknie za nim. To chore, prawda?
- Nie wydaje mi się, żeby 38 milionów dziewczyn chorowało, Em.
- Nieważne. Gofry gotowe?
- Ta. Idź włączyć film, ja zaraz wszystko zaniosę do pokoju.
Miałam włączyć film, ale zamiast tego siedziałam przed telewizorem i myślałam, że to wszystko jest bez sensu. Zawalone egzaminy i życie towarzyskie, myśli samobójcze. A to wszystko dla chłopaka, który nie wie o moim istnieniu. Ale było minęło. W głębi serca nadal go kocham i wpieram, ale to już nie to samo. Nie chcę tego samego.
Oglądałyśmy jakąś głupią komedię, już prawie zasnęłam, aż nagle zawibrował mi telefon. Na ekranie zobaczyłam nieznany numer, ale i tak odebrałam chociaż rzadko odbierałam telefony od kogokolwiek.
- Halo?
- Siemasz Em. Jak tam leci? Co u ciebie słychać? Wiem, że minęło sporo czasu, ale może byśmy...
- Sorry, a kto mówi?
- Ah, no tak. To ja, Jimmy.
- O mój boże! Siemasz Jimmy! Co u ciebie? Dawno się nie odzywałeś.
- Wiem, przepraszam, ale mam straszne urwanie głowy. Nowe choreografie, te sprawy. Justinowi zależy, żeby wszystko...
- Ok, rozumiem. - powiedziałam to w miare wymownym tonem, więc miałam nadzieję, że Jimmy nie będzie kontynuował.
- A.. no ten, dużo roboty jest. Wracając do tematu. Może byśmy się gdzieś razem wybrali. Jakieś obiad czy coś.
- Obiad?! Zawsze!
Wtedy Jimmy się roześmiał. Tylko on wiedział ile znaczy dla mnie jedzenie. O matko. Jak to głupio brzmi. Wracając do rzeczy, tylko on wiedział, bo był moim najlepszym przyjacielem. Tak samo jak Ariana. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszych przyjaciół. Nigdy.
- Haha! Wiedziałem, że tym cię przekonam.
- Przecież nawet nie musiałeś mnie przekonywać. Marzę, żeby się z tobą spotkać.
- Wiem, ja też Em. To jak? Jutro o szóstej?
- Jak to? To znaczy, że jesteś z LA?
- No tak. W czwartek Justin ma tu koncert.
- Ah.. No szósta jest ok.
- To będę po ciebie. Pa.
- Pa Jimmy.
Rozłączając się, rzuciłam telefon na kanapę. Zobaczyłam, że Ari zasnęła. Chyba nie tylko mnie ten film zanudził na śmierć. Wstałam i odniosłam naczynia do kuchni. Wyłączyłam telewizor, przykryłam Arianę jej ulubionym kocem w małpki i poszłam na górę. Nie było jeszcze tak późno, więc włączyłam laptopa i nie kontrolując tego, weszłam na profil Justina na twitterze. Nie wiem czemu to zrobiłam. Pierwszy raz od półtora roku zaczęłam oglądać jego zdjęcia i sprawdzać co się u niego dzieje. Zmienił się, dorósł. Ale sądząc po zdjęciach to wciąż ten sam, mój Kidrauhl. Zanim się obejrzałam już było po pierwszej. Więc poszłam spać, bo następnego dnia miałam się spotkać z Jimmy'm. Musiałam przyzwoicie wyglądać, żeby mu wstydu nie narobić.
Prolog
Emily to normalna nastolatka, która wiedzie życie codzienne, jak każdy inny. Justin to międzynarodowa gwiazda, znają go wszyscy. Żyje w dostatku, ma wszystko czego zapragnie. Ale czy na pewno? Ona nigdy nie sądziła, że namiesza tak w czyimś życiu. On nigdy nie sądził, że ktokolwiek tak namiesza w jego życiu. Ale jedno jest pewne, oboje nauczyli się nigdy nie mówić nigdy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)