środa, 1 maja 2013

Rozdział 1

- Nie wierzę! Gdzie ona jest? Zawsze kiedy jej potrzebuję ona tak po prostu znika.
- Uspokój się, Em. To tylko gofrownica.
- Tylko?! Gofry to jedyne czego mi teraz trzeba...
I tak mniej więcej wygląda mój piątkowy wieczór. Ja. Przyjaciółka. Jedzenie. Nic specjalnego. Właściwie to nawet 'nic' nie jest. Są osoby, które wiodą znacznie ciekawsze życie, na przykład taki Justin Bieber. On pewnie nawet gofrów nie je, to zbyt proste danie dla takiej gwiazdy. A zresztą, co on mnie obchodzi. W sumie to dużo. Przecież kiedyś był dla mnie wszystkim. Sama nie wiem dlaczego do tego wracam, było minęło. Teraz inne beliebers przejmują się co dzisiaj zje na kolację...
- Halo! Emily! Mam gofrownicę, to już nic dla ciebie nie znaczy? - Ariana wykrzyczała mi to prosto w twarz, z sarkazmem jak zawsze, kończąc moje rozważania na temat Justina.
- Sorry, zamyśliłam się. W sumie tęsknie za tym co było.
- Em, przestań. Wiem, ja też. Ale za dużo już dla niego poświęciłaś, a on nawet nie wie o twoim istnieniu. Nigdy nie dowie się ile dla niego przeszłaś. Przecież... sama wiesz.
- Wiem, ale tęsknie za nim. To chore, prawda?
- Nie wydaje mi się, żeby 38 milionów dziewczyn chorowało, Em.
- Nieważne. Gofry gotowe?
- Ta. Idź włączyć film, ja zaraz wszystko zaniosę do pokoju.
Miałam włączyć film, ale zamiast tego siedziałam przed telewizorem i myślałam, że to wszystko jest bez sensu. Zawalone egzaminy i życie towarzyskie, myśli samobójcze. A to wszystko dla chłopaka, który nie wie o moim istnieniu. Ale było minęło. W głębi serca nadal go kocham i wpieram, ale to już nie to samo. Nie chcę tego samego.
Oglądałyśmy jakąś głupią komedię, już prawie zasnęłam, aż nagle zawibrował mi telefon. Na ekranie zobaczyłam nieznany numer, ale i tak odebrałam chociaż rzadko odbierałam telefony od kogokolwiek.
- Halo?
- Siemasz Em. Jak tam leci? Co u ciebie słychać? Wiem, że minęło sporo czasu, ale może byśmy...
- Sorry, a kto mówi?
- Ah, no tak. To ja, Jimmy.
- O mój boże! Siemasz Jimmy! Co u ciebie? Dawno się nie odzywałeś.
- Wiem, przepraszam, ale mam straszne urwanie głowy. Nowe choreografie, te sprawy. Justinowi zależy, żeby wszystko...
- Ok, rozumiem. - powiedziałam to w miare wymownym tonem, więc miałam nadzieję, że Jimmy nie będzie kontynuował.
- A.. no ten, dużo roboty jest. Wracając do tematu. Może byśmy się gdzieś razem wybrali. Jakieś obiad czy coś.
- Obiad?! Zawsze!
Wtedy Jimmy się roześmiał. Tylko on wiedział ile znaczy dla mnie jedzenie. O matko. Jak to głupio brzmi. Wracając do rzeczy, tylko on wiedział, bo był moim najlepszym przyjacielem. Tak samo jak Ariana. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszych przyjaciół. Nigdy.
- Haha! Wiedziałem, że tym cię przekonam.
- Przecież nawet nie musiałeś mnie przekonywać. Marzę, żeby się z tobą spotkać.
- Wiem, ja też Em. To jak? Jutro o szóstej?
- Jak to? To znaczy, że jesteś z LA?
- No tak. W czwartek Justin ma tu koncert.
- Ah.. No szósta jest ok.
- To będę po ciebie. Pa.
- Pa Jimmy.
Rozłączając się, rzuciłam telefon na kanapę. Zobaczyłam, że Ari zasnęła. Chyba nie tylko mnie ten film zanudził na śmierć. Wstałam i odniosłam naczynia do kuchni. Wyłączyłam telewizor, przykryłam Arianę jej ulubionym kocem w małpki i poszłam na górę. Nie było jeszcze tak późno, więc włączyłam laptopa i nie kontrolując tego, weszłam na profil Justina na twitterze. Nie wiem czemu to zrobiłam. Pierwszy raz od półtora roku zaczęłam oglądać jego zdjęcia i sprawdzać co się u niego dzieje. Zmienił się, dorósł. Ale sądząc po zdjęciach to wciąż ten sam, mój Kidrauhl. Zanim się obejrzałam już było po pierwszej. Więc poszłam spać, bo następnego dnia miałam się spotkać z Jimmy'm. Musiałam przyzwoicie wyglądać, żeby mu wstydu nie narobić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz