czwartek, 2 maja 2013

Rozdział 2

Wstałam. Po dwunastu godzinach snu wreszcie wstałam. Nie mogłam uwierzyć, że spałam tak długo. Dochodziła druga, więc spodziewałam się, że mama wróci z pracy i zacznie wrzeszczeć co ja tak późno robię w pidżamie. Jednak tego nie zrobiła. Przysłała mi smsa: 'Hej słonko, jak tam? Przepraszam Cię, ale dostałam wezwanie z pracy. Muszę na tydzień jechać do Kanady. Przepraszam, że nie zdążyłam się pożegnać. Pieniądze przeleje ci na konto. Od czasu do czasu wpadnie do Ciebie Kate. Kocham Cię'. No nie żebym się nie cieszyła z wolnej chaty przez tydzień, ale trochę się stęskniłam za mamą. Ciągle pracuje i nie ma dla mnie czasu. Wiem, że robi to dla mnie, ale trochę mi jej brakuje. Jest jednak pocieszenie: nie będę musiała przez tydzień sprzątać i Ari będzie mogła u mnie zamieszkać... Odpisałam mamie, żeby się nie martwiła i będę grzeczna. To drugie to taki sarkazm. Nie wiem dlaczego, ale byłam strasznie zmęczona. Weszłam znowu na twittera, poczytałam trochę i nawet nie poczułam, że zasypiam.
- O kurde! Już piąta! - krzyknęłam na cały dom budząc się i sięgając po telefon. - Przecież zaraz przyjedzie Jimmy, a ja w totalnej rozsypce! Szybko pobiegłam do łazienki trochę się ogarnąć. Potem szybko wybrałam jakieś ciuchy. Pierwsze lepsze, byle by tylko nie straszyć ludzi w restauracji. Nagle do drzwi zadzwonił dzwonek. Nie wiedziałam kto to mógł być, na Jim'a trochę za wcześniej. Poleciałam owinięta w ręcznik zobaczyć kto to. Otworzyłam drzwi.
- Jimmy?! Co ty tu robisz? Jeszcze nie ma szóstej!
- Mnie też miło cię widzieć - powiedział, przytulając się do mnie. - Swoją drogą ładnie ci w ręczniku, możemy już jechać.
- Jim! - szturchnęłam go w ramię, jak to zawsze robiłam gdy sobie ze mnie żartował.
- No co? Taka prawda. A tak poza tym to.. może wpuścisz mnie do środka? - zachihotał.
- Eee... no jasne, sorka. Jakby co jestem sama.
- A co z mamą?
- Praca. Jest w Kanadzie.
- No to chata wolna. Pare imprez i od razu będziesz w lepszym humorze.
- Przecież nie mam złego humoru...
- Mnie nie okłamiesz, Em. Nie znamy się od wczoraj.
- Dobra, masz mnie. Ale zmieńmy temat. Idź do pokoju, pooglądaj coś albo nie wiem. Ja ide się ubrać i możemy jechać.
- Jasne, czekam.
Szybko pobiegłam na górę wreszcie coś na siebie założyć. Już nawet nie patrzyłam co zakładam, chciałam jak najszybciej jechać na ten obiad, bo umierałam z głodu. Założyłam czarne rurki, białą koszulkę, na to zarzuciłam jeansową kurtkę. Na nogi trampki, oczywiście. Włosy zebrałam w kucyka, Jimmy lubił jak miałam związane włosy.
- Gotowa! - krzyknęłam, zbiegając po schodach.
- Jak ślicznie wyglądasz - odpowiedział Jim, z dobrze mi znanym uśmiechem na twarzy.
- Tak jasne. Chodź już, bo z głodu umieram.
- Jak sobie życzysz - uśmiechnął się tak szeroko, że aż się przeraziłam.
Wsiedliśmy do samochodu. Po drodze opowiedzieliśmy sobie co u nas się działo, co robiliśmy i co się zmieniło. W końcu nie widzieliśmy się prawie rok. Dla najlepszych przyjaciół to strasznie dużo czasu. Jednak mimo, że się tak długo nie widzieliśmy nasza więź wciąż była tak silna jak przedtem. Między nami nic się nie zmieniło. I bardzo z tego powodu się cieszyłam, z resztą on też. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, prawie wbiegłam do restauracji, choć nie bardzo chciałam iść akurat tam. To był drogi lokal, a ja byłam ubrana jak rano po bułki do piekarni. Wtedy jednak zrobiłabym wszystko, żeby w końcu coś zjeść. Jimmy wbiegł tuż za mną. Kelner pokazał nam gdzie mamy stoli. Usiedliśmy i zaczęliśmy zastanawiać się co zjeść. Po długim namyśle już wiedzieliśmy i złożyliśmy zamówienie. Kiedy czekaliśmy na jedzenie, Jim zaczął temat, którego się obawiałam.
- Hej, Em... jak tam, no wiesz... sprawy z JB się mają?
- Nie gadajmy o tym, co?
- Proszę cię. Jeśli nadal jest tak źle jak było, muszę to wiedzieć.
- Nie, już jest znacznie lepiej. Wczoraj gadałam trochę o tym z Ari. Nawet na stare konto na twitterze weszłam. Tęsknie za tym co było, ale z drugiej strony nie chcę do tego wraca, wiesz...
- Rozumiem. Od tego chłopaka nie da się tak po prostu odciąć.
- Rozumiesz? Twoja sytuacja jest zupełnie inna. TY GO ZNASZ.
- No właśnie! Spotkajmy się. Razem. Ty. Ja. Justin.
- Co?! Oszalałeś?!
- Przecież zawsze o tym marzyłaś, nie? Jak każda belieber. A tylko ty masz na to szansę. Powinnaś ją wykorzystać.
- To, że się z nim przyjaźnisz nie znaczy, że możesz go umówić na spotkanie ze mną. Poza tym ja sama już nie wiem czy tego chcę. To wszystko wróci. Wiesz jak to jest spotkać raz swoje całe życie, a później już nigdy go nie zobaczyć?
- Jakie nigdy. Nigdy nie mów nigdy. Zostajemy tu parę tygodni, może nawet miesiąc. Myślisz, że ani ty, ani Justin nie znajdziecie czasu i chęci na spotkanie? Dużo mu o tobie opowiadałem. Myślę, że cie polubił, bo...
- Co takiego? I wtedy myślałam, że zejdę na zawał. Chłopak, którego kocham całym sercem, marzę o nim i jest dla mnie wszystkim wie o mnie i moim istnieniu. To nie może być prawda.
- Mówię, że pewnie cie polubił, bo...
- Nie, nie. Czekaj. On o mnie wie? I ty to mówisz tak po prostu? Właśnie spełniło się moje marzenie, marzenie milionów dziewczyn na świecie. O Mój Boże. Muszę wyjść na chwilę. Nie wierzę.
Wypowiedziałam ostatnie słowo i wybiegłam z restauracji. Nie wiem co ludzi wtedy pomyśleli, ale nie obchodziło mnie to. Ukucnęłam na środku krawężnika i zaczęłam ryczeć jak głupia. Myślałam, że to koniec. Że On będzie już tylko w moim sercu, nie życiu. Zwinięta siedziałam na tym chodniku, ludzie mnie omijali. Pewnie myśleli, że jakaś narkomanka. W LA to był częsty widok. Mniejsza o to, Justin wie, że ja istnieję! To nie możliwe. Może Jim miał rację. Nigdy nie mów nigdy. Te słowa od teraz odrobinę dla mnie coś znaczą. Bo myślałam, że nigdy moje marzenie się nie spełni. Jeszcze żadne się nie spełniło. Przez łzy samowolnie powiedziałam 'Justin' kiedy nagle usłyszałam głos:
- Co jest shawty?
Przez chwilę zastygłam w bezruchu. Wydawało mi się, że słyszę głos Jusa. Ale skąd on by miał się tutaj wziąć?!
- O boże... przestraszyłeś mnie Jimmy.
- Ej co jest? Czemu płaczesz? Nie no nie mów, przecież wiem.
- No właśnie - w tym momencie Jim pomógł mi wstać i mocno przytulił. Tego potrzebowałam. To dzięki niemu moje marzenie może się spełnić. A ja nawet nie wiedziałam jak mu się odwdzięczyć - Jimmy, ja nawet nie wiem co powiedzieć... dziękuję?
- Przestań! Nawet tak nie mów. I ty i on jesteście dla mnie ważni. On jest moim przyjacielem, a ty przyjaciółką, więc chcę waszego szczęścia. A będziecie oboje szczęśliwi jak się spotkacie, bo oboje jesteśmy wspaniałymi osobami.
Jeszcze nigdy nie usłyszałam od niego tak poważnych słów. Wzruszyłam się. Po policzku spłynęła mi zła.
- Co jest? Powiedziałem coś nie tak? - Jimmy powiedział to zmartwionym głosem.
- Bardzo tak. Jesteś jedyną osobą, oprócz Ariany, której na mnie tak zależy. Kocham cię Jim.
- Wiem. Ja ciebie też.
Ponownie się przytuliliśmy. Czułam radość, od bardzo dawna wreszcie poczułam radość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz